Patrząc na rolę wspólnot, przypisujących sobie spuściznę chrześcijaństwa, czasami można dojść do wniosku, że więcej chrześcijaństwa (owoców) można spotkać w świecie, niż u ludzi nazywający się braćmi i siostrami.

Skad taki pogląd?

Otóż kościół na przestrzeni ostatniego stulecia całkowicie zmienił postrzeganie samego siebie i misji jaką ma tworzyć.
Mowa tutaj o kościele w ujęciu pojedynczych wspólnot, roszczących sobie prawo do błogosławieństwa bożego.

To co powinno być nienaruszalnym standardem wspólnoty chrześcijańskiej, to dbanie o ubogich, o wdowy, o samotnych, o glodnych, o spragnionych, o cierpiących.
Taka jest nasza rola. Taką rolę Ojciec nam dał i każdemu z osobna. Aby troszczyć się o braci i siostry. Słabszych w wierze podtrzymywać. Głodnych nakarmić. Płakać z płaczącymi. Po to jest wspólnotą i po to jesteśmy we wspólnocie.

Wzrost Duchowy
Relacja
Opieka

Temu ma służyć wspólnota i powołanie wspólnoty.
Jednak w jakim kierunku idziemy?
Na przestrzeni ostatnich 100 lat jak pisałem, wszystkie powyższe cnoty zostały zastąpione. Otóż w centrum nie ma Boga, nie ma Jego Słowa, nie ma dbania o ubogich, głodnych czy cierpiących. W centrum jest człowiek. Jest człowiek, który sam dla siebie pragnie błogosławieństwa. Który, sam dla siebie jest wyznacznikiem wartości. Im jestem lepszy, tym więcej znacze, tym moja wartość jest wyższa.
Powoduje to niebezpieczeństwo i zaburzenie tego co Boże. Zaburzenie tego po co Bóg powołuje wspólnotę.

Ja w centrum

Można zauważyć, że samorealizacja w tym przypadku jest na pierwszym miejscu. Ma nam się powodzić. Mamy mieć zdrowie, mamy mieć dobre wygodne życie, mamy mieć udaną zdrową rodzinę. Nie ma tutaj miejsca na płacz, porażki czy błędy.
Chrzescijanin zasługuje na powodzenie. Jest tego wart i jego oczekiwania względem Boga powinny być spełnione.
Ta nauka powoduje, że nie ma tutaj miejsca dla ludzi, których życie potoczyło się inaczej. Którzy doświadczyli cierpienia, odrzucenia czy straty.
Ludzie, których życie doświadczyło nie pasują do dzisiejszego pojmowania kościoła. Nie wpisują się oni w obecny trend, jaki gości w wspólnotach.
Można tutaj przytoczyć wiele obrazów. Szkoła średnia i dwie grupy uczniów. Lepsi i gorsi. Bogatsi i biedniejsi. To widać na pierwszy rzut oka. Nikt, komu wydaje się że jest z wyższej klasy społecznej, nie będzie zawierał znajomości z kimś gorszym od siebie.
To widać w społecznościach. Nie chcemy słuchać o problemach innych. Nie chcemy płakać z innymi. Nie chcemy cierpieć z innymi, ponieważ nie taka jest rola chrześcijanina. Nie taka jest rola ludzi uważających się za zbawionych.
Dlatego takie wspólnoty z czasem eliminują osoby, którym się nie powodzi, ponieważ to zaburza ich naukę o powodzeniu.

Jaka wspólnota?

Wspólnota ludzi wierzących, to wspólnota grzeszników którzy byli martwi w swojej grzeszności i dzięki łasce od Boga ożyli. Byliśmy skazani na potępienie i wieczną kaźń, ale w pewnym momencie Bóg postanowił nas uratować. Dał nam życie.
Patrzac w ten sposób na siebie, na ludzi nas otaczających , wiemy jaka jest nasza wartość.
Ta wartość jest żadna. Nie ma żadnej wartości. Nie ma w nas nic, co powoduje że stajemy się godni. Że stajemy się lepsi od innych.
Przykre jest to, że często w świecie, człowiek doświadcza pokory, doświadcza wrażliwości, wsparcia w momencie straty i bólu.

W społecznościach już tego nie ma. Zaczyna tego brakować.
Nie ma miejsca na płacz, niepowodzenie, rozpacz.
To co powinno być domeną społeczności chrześcijańskich, zostało utracone.